No właśnie... Muza, inspiracja, człowiek, który jest personifikacją tego, co nas nakręca, człowiek który pomaga nam tworzyć poprzez swoją sztukę, poprzez swoją twórczość, poprzez swoją pracę, naukę, aparycję, zachowanie.... czy ten człowiek, czy ta muza (ten muz?) musi być przeciwnej, do naszej, płci?
...
...
...
...
Nie. Zaświadczam, że mam dwie muzy, a raczej muzę i muza... I nie jestem bi... To chyba po prostu tak działa? Bycie inspiracją jest apłciowe...
... ale nie aseksualne, przynajmniej tak długo, jak długo bierzemy pod uwagę przeciwną płeć.
Complicated, oh well... Sowy *w*
...
...
A tu macie bonus sprzed paru dni... Jakoś tak... nie miałam nastroju na zaciesz, raczej filozoficzne pogawędki w głębi mojej kory mózgowej...
Siedząc na rozłożonej kanapie, czekając aż lakier wyschnie na paznokciach i przekonując się o istnieniu nerwów w nodze (coś mi przeskoczyło zanim usiadłam) zapraszam na filozoficzno-muzykalne rozważania.
Otwórz umysł czytelniku. Tekst przeładowany metaforami.
Przebiegając wzrokiem po mojej liście mp3 znalazłam parę piosenek, których nie odtwarzam. Świadomie. Za każdym razem, kiedy ze wzrokiem, przepełnionym apetytem na hipnotyzujące dźwięki piosenek szukam jakiegoś utworu, który zaspokoiłby moje potrzeby, omijam właśnie te kilka piosenek. Dlaczego? Jedne są po prostu zbyt dobre by ich słuchać na okrągło. Ich dźwięki są przepiękne, ale, aby się nie znudziły, czekają sobie spokojnie na dolnej półce mojej lodówki z pysznościami. Ileż piosenek Ci się, Drogi Czytelniku, przejadło, bo zbyt często ich słuchałeś? Ja miałam wiele. Nie będę wymieniać tytułów celowo, bo chcę, aby było to uniwersalne i możliwe do zastosowania u wszystkich muzykoholików. A wiem, że nie wszyscy podzielają mój entuzjazm do niektórych pozycji w mojej lodówce.
Idźmy dalej, spójrzmy na inne półki mojej muzycznej lodówki. Na drzwiczkach, tuż obok delikatnych jajek i słoika z musztardą leży, krucha jak skorupki i potrzebująca zawsze odrobiny pikantności, by dała sie zjeść ze smakiem, muzyka poważna. Jest pod ręką, ale dopóki ktoś nie poda jej z dodatkami, rzadko po nią sięgnę. Są oczywiście utwory, których mogę słuchać na okrągło, ale i wtedy występuje element dodatków w postaci pieprzu, papryki czy ogórków (i z tego miejsca pozdrawiam). Nawet, jeśli nie są one dołączone do mieszkającej tu melodii, były dołączone do niej kiedyś, tam gdzie tą melodię polubiłam. Dodatki te są jak zdjęcia doczepione do opakowań. Jak nadruki na słoiczkach i buteleczkach w mojej magicznej lodówce. Kiedy sięgam po którąś z piosenek, od razu widzę, oczami wyobraźni, co jest z nią związane.
Z tego powodu, przez pamięć, która ciągle zachowuje zapach przypraw, niektóre z nich musiałam zamknąć w szczelne woreczki i wpakować do zamrażalnika. Jest tam jedna piosenka, którą kocham, która jest tam, bo odmrażam ją tylko na wyjątkowe okazje. Jest trochę samotna wśród tych, przepełnionych cierpieniem, podlewanych łzami i karmionych wściekłością. One są tam, bo na innych półkach powodowały zbyt dużo bólu i straszyły paskudnymi, szczerzącymi się w złowieszczym uśmiechu etykietkami. Teraz wracam do nich rzadko, jednak wcześniej... wcześniej to one były na pierwszej półce.
Ale i te bolesne, przepełnione męką piosenki mają coś dobrego w swoim składzie. Na etykietce można przeczytać "uratowały studenta", kiedy ten z chlebem i nożem, gotowym do wbicia w świeże, mięciutkie jeszcze pieczywo, stał osamotniony pośrodku wielkiej ponurej kuchni.
I oby nigdy nie było wam dane zrozumieć ostatniej metafory
-
Mood:
Content -
Listening to: Stars w wyk. M.O.
-
Reading: Godfather & Lolita. Na zmiane.
-
Watching: Tour of the Universe
-
Playing: ...with my pencils... just fooling around.
-
Eating: Toasted bread with honey, cheese and salt
-
Drinking: Green tea with opuncia